Obóz...
Tak, po całym roku pracy i przygotowań zdecydowanie
chciałyśmy pojechać. W tym roku gościnnie był z nami zastęp Łoś z BluSZcza.
Teren był dość nietypowy - pierwszy raz miałyśmy obóz na
górze, na Szczytniku. Najpierw trzeba było wnieść cały sprzęt na ta górę.
Baniaczki, plandeki, maszty, plecaki (oj, zaczynają się ciężkie rzeczy),
drewniane skrzynie, dziesiątki, kuchenki... A później pionierka. I znowu pod
górę - tym razem żerdzie. Po trzech dniach powstały piękne platformy, stoły i
prysznice. Pionierki miałyśmy już dosyć, teraz czekałyśmy tylko co będzie
dalej. A następnego dnia było spokojniej, mogłyśmy sobie odpocząć po pionierce.
Cały dzień spędziłyśmy na warsztatach Charta i Renifera.
W końcu przyszedł dzień pielgrzymki obozowej, przyjechali
nasi rodzice i, jakże by inaczej - przywieźli nam mnóstwo słodyczy, podziwiali
pionierkę, a część została także na ognisku.
Następnego dnia wyruszyłyśmy na explo. W końcu ciepła woda,
prysznic, łóżko... Tyko Kraal został w obozie, ale przynajmniej nie musiały nas
pilnować i mogły sobie odpocząć ;) Po powrocie z explo odbyły się jeszcze
warsztaty Łosia z węzłów - bardzo dużo się nauczyłyśmy, a gra na końcu
bardzo nam się podobała. Po Mszy Świętej przyszły do nas wilczki na kolację i
ognisko. Wilczki, które przechodzą do drużyny mogły się lepiej zapoznać ze
swoimi przyszłymi zastępami. Kładąc się spać zastanawiałyśmy się co nas jutro
czeka, może wielka gra? Z takim Kraalem nigdy nic nie wiadomo...
Rano po apelu przebrałyśmy się w strój sportowy i poszłyśmy pograć w zbijaka. Było jakoś dziwnie mało osób... Część kopała nową latrynę, a Koszatka gdzieś zniknęła. Później nieobecność Koszatki się wyjaśniła - gdy my sobie spokojnie grałyśmy one rozkładały dla nas INO, które okazało się super zabawą! Po powrocie do obozowiska byłyśmy strasznie głodne i z utęsknieniem wyczekiwałyśmy gwizdka na kuchciki. Czekamy, czekamy i czekamy... Jest! Długi, długi, długi... To nie jest K! Szybko się zebrałyśmy i przybiegłyśmy na miejsce. Tam czekał już na nas Kapelusznik i Kot. Czy Kraal nie ma litości dla głodnych harcerek i właśnie zaczyna grę? Okazało się, że ciasteczka i herbata "na niby" nie zadowalają już bohaterów z Krainy Czarów, ale na szczęście Alicja, która właśnie przyszła, zaprowadziła nas na miejsce gdzie mogłyśmy znaleźć produkty na zrobienie czegoś do jedzenia. I w ten sposób rozpoczął się konkurs kulinarny.
Następnego dnia odbyła się olimpiada sportowa, która trwała
cały dzień, oprócz klasycznego biegu sprawnościowego i wyścigów rzędów były
także balony z wodą, które okazały się super pomysłem! Po obiedzie i sjeście
przyszedł czas na drugą część olimpiady - gry zespołowe. Grałyśmy w ringo i w
siatkówkę (Renifer nie miał sobie równych!). Przez taką spektakularną wygraną
Renifera w siatkówkę zrodził się pomysł meczu Renifer - Kraal, a ponieważ
Kraala było za mało Natalia z Charta im pomagała. Mecz był dosyć wyrównany :)
Zmęczone po całym dniu sportowych zmagań położyłyśmy się spać.
Następnego dnia nadszedł czas na wielką grę. Wielką grę Marta,
zastępowa Renifera, opisała w cudowny sposób:
Poprzedniego dnia, po Mszy Świętej w
naszej kaplicy, usłyszałam naszą drużynową rozmawiającą z Akelą obozującej
w pobliżu 2GW. Gdy do moich uszu dotarło (jak się zresztą później okazało
nieprawidłowe i najwyraźniej wyrwane z kontekstu zdanie) „bo one mają dzisiaj
taką małą grę”, każdym neuronem zaczęłam wyczekiwać tego, co nieuchronnie musiało
nadejść. Gry. I to wcale nie małej, a wielkiej. I choć nie zaczęła się tego
samego dnia, to faktycznie nie musiałam długo czekać.
Kiedy następnego dnia rano czas na śniadanie
podejrzanie się przedłużał, już wiedziałyśmy, że coś się szykuje. Na szczęście
miałyśmy już spakowane plecaki, więc mogłyśmy odpoczywać spokojnie,
aż do alarmu. W obozowisku pojawił się Kot z Cheshire, który postawił
w stan gotowości wszystkie korpusy z wojska Królowej Kier. Ogłosił nam, że
Alicja została porwana i musimy ją odnaleźć, bo jest potrzebna jako świadek w
procesie. Najpierw jednak powinnyśmy udać się po zadania, które Kot miał nam
przekazać. I zapewne zrobiłby to, gdyby nie fakt, że je zgubił…
Polecenie to nie było wcale takie proste – musiałyśmy
uważać na warty, które zmieniały się co jakiś czas. Karteczki z zaszyfrowanymi
zadaniami mogłyśmy zabierać tylko w czasie zmiany wartowników, bo gdyby któryś
z nich złapał nas na terenie ogrodu królowej to… Właściwie nie wiedziałyśmy, co
by się stało, ale taki więzień miał zostać oddzielony od korpusu (zastępu)
aż do końca dnia – nietrudno się domyślić, że wcale nie podobała nam się
taka opcja.
Po wielokrotnych wypadach do ogrodu Królowej, kiedy
już udało nam się zebrać większość informacji, okazało się, że niestety nie
obyło się bez zakładników. Musiałyśmy ich zostawić i odejść. Na szczęście
okazało się, że po odbyciu kary – trzykrotnym trafieniu szyszką w drzewo –
mogli wrócić do swoich jednostek. W końcu więc siedziałyśmy całym korpusem pod
drzewem, głowiąc się nad szyframi i zagadkami. Tego dnia czekał nas
jeszcze obiad – o 12.30 u kucharki, o 16.30 „coś dla ducha” – Msza w Kaplicy
Zamkowej i herbatka u Kapelusznika – punktualnie o 18.00. Zdecydowałyśmy wrócić
do naszego obozowiska i tam rozwiązać resztę zadań. Z niektórymi (na przykład
zagadką „Send more money”, w której każdej literze odpowiadała cyfra i trzeba
było ułożyć poprawne równanie) miałyśmy problem, inne natomiast, jak choćby
projektowanie dla Alicji kreacji na bal czy tworzenie szczegółowego planu
obozu, dostarczyło nam wiele radości i satysfakcji – oczywiście po więcej niż
zadowalającym ich wykonaniu.
Kłopotliwe były jedynie karteczki, które wydawały się
wybrakowane. Nie bardzo wiedziałyśmy, co zrobić z pytaniem, które brzmiało
„Jaka to religia?” albo „Co to jest i gdzie się znajduje?” – po obiedzie
jednak okazało się, że zawiniło drobne nieogarnięcie – dostałyśmy końcówki tych
pytań i mogłyśmy spokojnie je dokończyć. Spokojnie…
Powiedzmy – aż do kolejnego alarmu, na który tym razem
zawołał nas Biały Królik. Jako wojsko musiałyśmy być zawsze gotowe i nabrać
trochę formy, więc czekały nas wyścigi rzędów. Z… BARDZO kreatywnymi zadaniami.
Przykłady? Przynieść beret z dwiema gwiazdkami. Jestem z siebie wyjątkowo dumna
w tym kontekście – w 1GW (obozującej najbliżej) był taki TYLKO jeden.
Inne? Podać wysokość masztu (matematyka z twierdzeniem Talesa wita – również w
wakacje ;) ), przynieść wodę w ustach albo 10 niebieskich rzeczy.
Po Mszy Świętej ZZ – na chwilę wybiwszy się z fabuły –
urządził sobie urokliwą sesję zdjęciową na punkcie widokowym. Ale z racji
tego, że musiałyśmy czekać na naszego Księdza, który został na obietnicy w
chłopięcej gromadzie, herbatka u Kapelusznika trochę się przesunęła.
W pewnym momencie jednak po obozie znów zaczął biegać Królik, oznajmiając, że właśnie wybiła 18.00. Jak się okazało, musiałyśmy Kapelusznikowi tę herbatę przygotować – a po warsztatach Charta pojawiły się różne – jagodowa, z pokrzyw… Kiedy serwowałyśmy gospodarzowi i jego innym gościom nasze napoje, śpiewałyśmy też hymn FSE. Pozdrawiam Kraala, który tego samego musiał słuchać 5 razy…
W pewnym momencie jednak po obozie znów zaczął biegać Królik, oznajmiając, że właśnie wybiła 18.00. Jak się okazało, musiałyśmy Kapelusznikowi tę herbatę przygotować – a po warsztatach Charta pojawiły się różne – jagodowa, z pokrzyw… Kiedy serwowałyśmy gospodarzowi i jego innym gościom nasze napoje, śpiewałyśmy też hymn FSE. Pozdrawiam Kraala, który tego samego musiał słuchać 5 razy…
Innym zadaniem było jeszcze rozpoznawanie smaków z
zamkniętymi oczami.
Kiedy dowiedziałam się, że tego dnia nie ma ogniska,
rady drużyny ani wart, byłam przeszczęśliwa. O ja naiwna, sądziłam, że
położę się wcześniej spać. Nic bardziej mylnego. Po kolacji dostałyśmy produkty
na… ciasto. Miałyśmy je zrobić jeszcze tego samego dnia. Wymagało trochę pracy,
ale jedząc je w niedzielę na śniadanie byłyśmy zadowolone z włożonego w
nie wysiłku.
Na prycze kładłyśmy się z mieszanymi uczuciami, mając
świadomość dwóch możliwych scenariuszy niedzieli. Albo będzie to spokojny
dzień, przeznaczony na relaks, pranie, mycie się, relaks i pranie, jak Pan Bóg
przykazał, albo właśnie wtedy przypadnie najbardziej intensywna część gry. O
tym, która opcja zwycięży, przekonałyśmy się już o 1.30 – w czasie nocnego
alarmu.
W końcu całemu zastępowi udało się wygrzebać z namiotu
i ktoś powiedział nam, że musimy udać się do Królowej. Drogi do niej strzeże
jednak wartownik, który nie może nas zobaczyć. Ruszyłyśmy, bardzo zadowolone,
że oprócz nas obudził się tylko jeden zastęp – więc nasze szanse na wygraną
znacząco wzrosły. Po drodze jednak wydarzyło się coś dziwnego. Ktoś,
sygnalizując złamanie otwarte, jęcząc prosił o pomoc. Ale co miałyśmy zrobić?
Przecież nikt nie mógł nas zobaczyć… Zdecydowałyśmy się pomóc. Przynajmniej
tak, jak można to było zrobić po obudzeniu w środku nocy, bez latarki
i rękawiczek, z prowizoryczną apteczką. Ranny powiedział nam, że ktoś musi
zostać, żeby się nim opiekować. Dalej mogły pójść maksymalnie 3 osoby. Więc
poszłyśmy – zostawiając najbardziej zaspaną Patrycję i Hanię. Udało nam się
dotrzeć do ogniska, gdzie Królowa wręczyła nam informacje o jutrzejszym
dniu. O 8.30 miałyśmy się pojawić w Kaplicy Zamkowej w pełnym umundurowaniu,
a następnie wziąć ze sobą wszystko, co mogło nam być potrzebne. Aż do
poniedziałku rano. „No świetnie” – pomyślał mój mały, prywatny szemracz.
„To bardzo odpocznę w tę niedzielę… A jeszcze bardziej odpocznę w szałasie.” Ale
że nie lubię, jak mój szemracz marudzi, to po odebraniu od Królowej śniadania
położyłam go spać ;).
Po Mszy Świętej, kiedy też pożegnałyśmy się z gromadą,
która wyjeżdżała tego dnia, odbyło się przyrzeczenie Martyny – zastępowej
Łosia. Następnie świętował Renifer – przysięgę wierności Hani – ale to już w
swoim małym, kameralnym składzie. Spakowałyśmy się w duże plecaki, zjadłyśmy
śniadanie i czekałyśmy na sygnał. Niedługo potem dostałyśmy mapę – mogłyśmy
ruszyć na poszukiwania Alicji.
Na pierwszym punkcie czekał na nas (znów potrzebujący
pierwszej pomocy…) Kapelusznik, który oberwał od kucharki garnkiem. Drugi był
Gąsienica z zagadką o ludziach głodnych, którzy szli, jedząc to, czego nie
mają, bo gdyby mieli to, co jedli, to nie byliby tym, kim byli, natomiast na 3
punkcie czekał na nas Kot, który czekał na zabawki ze sznurka, na którym jedna
osoba z zastępu miała z zakrytymi oczami zawiązać jak najwięcej węzłów.
Cały dzień spędziłyśmy w terenie, szukając
poukrywanych, zaszyfrowanych punktów. Byłam dumna z dziewczyn – szło nam
bardzo dobrze.
O 16.00 miałyśmy pojawić się w obozowisku wilczków.
Tam też wkrótce dotarła Królowa wraz z Królikiem, przynosząc swojemu
wojsku zapasy pożywienia i zapraszając na 17.30 na grę w krokieta. Byłyśmy
bardzo głodne, więc szybko rozpaliłyśmy ogniska i zrobiły kartofle i kiełbaski.
Część z nas w tym czasie wykonywała zadania znalezione na trasie.
W grze w krokieta niestety nie brałam udziału z racji
przeziębienia, które mnie bezlitośnie dopadło. Królowa więc, po krokiecie,
zaprosiła do siebie wszystkich dowódców korpusów i wręczyła witaminę C dla ich
jednostek.
Po powrocie zaczęłyśmy stawianie szałasów. Musiały być
solidne, bo chociaż jeszcze na początku dnia nic nie zapowiadało deszczu, to
wtedy nad Szczytną zaczęły zbierać się wyglądające dość groźnie chmury.
Szałasy powychodziły imponująco. Nasz z jednej strony
chroniła plandeka, z drugiej poprzykrywane paprociami patyki. Miałyśmy nadzieję
na bezpiecznie i sucho spędzoną noc. Ale zarówno niebiosa jak i Niebiosa
pozostały nieubłagane. Około 1.00 zaczęło dość mocno padać i Królowa pozwoliła
przemokniętym członkom wojska wrócić do obozowisk.
Rano, mimo niezbyt zachęcającej do czegokolwiek
pogody, wróciłyśmy do szałasów, gdzie zjadłyśmy śniadanie i czekałyśmy na
pojawienie się wysłanników Królowej, którzy mieli zaprowadzić nas
na proces królewskich ogrodników, skazanych na śmierć za zasadzenie w
ogrodzie róż o niewłaściwym kolorze.
Przyszedł po nas Kot z Cheshire, który oznajmił nam,
że Alicja się znalazła – była gdzieś w obozowisku. Naszym zadaniem było
doprowadzenie jej do sądu.
Ku mojemu zaskoczeniu, ogrodnikami okazali się
szefowie korpusów… Proces trwał, a członkowie wojska musieli nas wybronić. Ale
ja niekoniecznie chciałam umierać ani być zależna od stanu wiedzy
i przygotowania naszych adwokatów. Kiedy Królowa na chwilę spuściła nas z
oka, postanowiłam uciec za pobliską skałkę. Nie wiem, czy na władczyni wywarło
to jakiekolwiek wrażenie – bez większych emocji w głosie kazała skrócić
wszystkich o głowę.
To był koniec naszych zmagań. Pomimo początkowej niechęci do działania weszłam
w grę i pomimo nieco demotywującej choroby bawiłam się świetnie.
Następnego dnia przyszedł czas na depionierkę ale wcześniej swoje warsztaty
poprowadził Kraal - malowałyśmy materiałowe torby. Część narzekała, że nie ma
talentu, że nie potrafi, ale na końcu wszystkie torby wyglądały cudownie!
Po depionierce i całonocnej Agapie do domów wróciłyśmy wyczerpane i bardzo
śpiące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz